sobota, 8 sierpnia 2009

Dzień 28 Akcja w Gdańsku




Dziś w Gdańsku na Moście Zielonym po raz ostatni rozstawiliśmy nasz Baobab. Tuż obok tratwy Polskiej Zielonej Sieci! Skończyła się nasza przygoda! A już jutro Baobab wróci do Budapesztu by we wtorek obejmowali go uczestnicy Sziget Fesztival. W nogach mamy około 1000 km, Vera - serbska wolontariuszka obliczyła, że przeszła na piechotę ponad 280 kilometrów, resztę pokonała stopem! Jednak w naszej pamięci mamy jeszcze więcej ludzi, których spotkalismy po drodze i przygód, które przeżyliśmy i na pewno szybko nie zapomnimy! Dzięki Wam wszystkim, bez których to całe przedsięwzięcie nie mogło by się odbyć! I pamiętajcie - to nie koniec! działajmy razem 24.10.2009! Dowiedz się więcej na www.350.org

wtorek, 4 sierpnia 2009

Dzień 24 Malbork - Gdańsk

"We are the champions my friend!" Dziś jadąc przez piękne Żuławy Wiślane dotarliśmy do morza! Pierwszy raz zobaczyliśmy je w Sobieszewie, gdzie najbardziej wytrwali weszli nawet do wody i wznieśli okolicznościowy toast! Och cóż to za cudowne uczucie, gdy po prawie miesiącu pedałowania dociera się wreszcie do Celu! I to tylko siłą własnych nóg i nie wytwarzając tą podróżą ani cząstki CO2! Nadszedł czas na chwilę dumy i zadumy! A potem już tylko pedałownie przez gdańsk gdzie zastała nas już noc i krótka podróż skm do Sopotu, gdzie mamy spędzić 3 dni na błogim lenistwie! A co! Należy się nam!

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Dzień 23 Grudziądz - Malbork

"Jeszcze chwila, jeszcze dwie i już będę u stóp ..." jak mówi znana piosenka. Dla nas to jeszcze tylko jakieś 170 kilometrów by w końcu zobaczyć morze! Dziś dojeżdżamy do Malborka by w nim obowiązkowo zwiedzić piękny zamek i obejrzeć totalnie odmienioną "starówkę" z całkiem nową fontanną - prawie taką samą jak w Toruniu. Widać nadchodzi nowa moda. Nocleg zapewnił nam przemiły ksiądz orionista - specjalista w krojeniu - nigdy w życiu nie widzieliśmy tak drobno pokrojonej kapusty - aż trudno było ją odnaleźć w sałatce! No i był to nasz pierwszy nocleg w środku kościoła!

niedziela, 2 sierpnia 2009

Dzień 22 Toruń - Grudziądz

Już coraz bliżej cel naszej wyprawy - Gdańsk- będziemy tam już we wtorek! Wzrasta więc nasza motywacja do pedałowania:) Do Grudziądza wybieramy najkrótszą drogę z dala od Chełmży i Chełmna za to zahaczając o jezioro, w którym mimo dzikich tłumów udaje się nam popływać:) Długa to jednak podróż i do Grudziądza docieramy już po zmroku:)

sobota, 1 sierpnia 2009

Dzień 21- Sukces w Toruniu




Ten dzień z pewnością możemy uznać za najbardziej udany ze wszystkich. Po pierwsze dlatego, że w w końcu nasz baobab nie stał w krzakach tylko w normalnym, atrakcyjnym miejscu, w którym ludzie spędzają swój czas - czyli na bulwarze filadelfijskim. Już od 9 mnóstwo zainteresowanych przechodniów przytulało baobab tak, że pod koniec dnia zabrakło nam już naklejek i ulotek! No cóż, trzeba będzie coś dodrukować. Trochę nogi bolały po 12 godzinach stania w słońcu, ale było warto! a teraz byle do Gdańska!

piątek, 31 lipca 2009

Dzień 20 Toruń

Dziś miło i trochę szalenie upłynął nam dzień na zwiedzaniu i robieniu prania:)

czwartek, 30 lipca 2009

Dzień 19 Włocławek - Toruń

Jednak wczorajszy autostop z rowerem nie był końcem problemów. Trzeba było jeszcze naprawić rower Albana, żeby ten mógł pojechać dalej. Niewiasty zostały więc pilnować "gospodarstwa"a chłopcy pojechali na polowanie - czyli poszukiwanie sklepu rowerowego. I tu zdarzył się mały cud. # rowery zostały naprawione absolutnie za darmo. Alban dostał nową oponę szprychy, Vera hamulec, Paweł klucz do szprych i to wszystko całkowicie za nic! Niesamowite nie ma co! Przez to całe zamieszanie wyjechaliśmy z Włocławka około 13, a cały długi dzień upłynął pod hasłem poszukiwania drogi (tak tak w niektóych wioskach w Polsce tabliczki z nazwami miejscowości to rzadkość). Ale w końcu już o zmroku dojechaliśmy do Torunia, gdzie czekała już na nas Judit

środa, 29 lipca 2009

Dzień 18 Płock - Włocławek

Dzień ten rozpoczął się desperackim poszukiwaniem kawiarenki internetowej. Okazuje się jednak, że zadnie to w 21 wieku wcale nie jest łatwe! W jedynej kawiarence w mieście nie można było skorzystać ze Skype. W tym samym czasie Veronika i Alban zwiedzali miasto i udali się na sławną płocką plażę. Potem jeszcze tylko partyzanckie śniadanie na rynku i w drogę. Był to dzień obfitujący w atrakcje. Najpiękniejsza droga naszego rajdu wiodła właśnie przez rozlewiska Wisły. Malownicze jachty na Wiśle - to trzeba zobaczyć! Taka to pięka droga zawiodła nas do Dobrzynia nad Wisłą, w którym to zadzwonił telefon a w nim Alban mówi, że pękły mu dwie szprychy w rowerze. No to kaplica a po drodze żadego sklepu rowerowego. Alban i Veronika spotkali na drodze 2 profesjonalnych rowerzystów, którzy drogę z Krakowa do Gdańska pokonać mieli w 8 dni. Żeby więc z nimi porozmawiać trzeba było jechać bardzo szybko. I rower Albana nie wytrzymał tego tempa. Zatrzymał się i zobaczył 2 pęknięte szprychy. Jedynym wyjściem był autostop. Wtem nadjechał traktor i zabrał Veronikę i Albana i ich 2 rowery na przyczepę. Młody kierowca traktora zabrał ich prosto do Dobrzynia. W dobrzyniu jednak okazało się, że to nie koniec problemów, bo sklepu rowerowego ni widu ni słychu. Trzeba było więc podjąć jeszcze większe wyzwanie i łapać stopa z rowerem do Włocławka - co jak się okazało nie jest niemożliwe. w Dobrzyniu spotkaliśmy też Verę, która przjyjechała stopem. A reszta naszej ekipy już na rowerach ruszyła do Włocławka. Była to długa podróż i wszyscy razem spotkaliśmy się w miejscu noclegu około 22. Moc atrakcji!

wtorek, 28 lipca 2009

Dzień 17 Wilkowuje - Płock

Rankiem do iście "polskim" śniadaniu wyruszyliśmy do Czerwińska, który nasz gospodarz Darek chciał nam koniecznie pokazać. A potem już do Płocka, Veronika i Alban byli zszokowani, że to takie piękne miasto. Jak tylko przejeżdżaliśmy przez most to akurat był zachód słońca na tle którego katedra prezentowała się wprost wspaniale. Nocowaliśmy w najlepszym chyba punkcie miasta bo u sióstr miłosierdziana starym rynku. Lepiej już chyba nie można było sobie wymarzyć. Pięknie było!

poniedziałek, 27 lipca 2009

Dzień 16 Zakroczym - Wilkowuje

Jeszcze nie zdążyliśmy odpocząć po ostatnim relaksie u Pawła w domu, a już czekała nas następna niespodzianka. Odwiedziliśmy znajomego Darka w Wilkowujach. To dopiero było nic nierobienie. Darek jak to prawdziwy Polak ze wsi już na samo śniadanie przygotował mięso w 4 postaciach. Nie ma to jak przygotować grilla o 11 rano! Niektórym dane było nawet popływać w pobliskiej sadzawce! A wieczorem była mała impreza urodzinowa dla Pawła, któremu stuknęło ćwierćwiecze!

niedziela, 26 lipca 2009

Dzień 15 Gołymin - Zakroczym

Bo błogim lenistwie ostatniego dnia "udało" nam się w końcu opuścić gościnne progi Gołymina i skrótami znanymi tylko "lokalsom" uderzyć na Zakroczym. Po drodze solidnie zmokliśmy. Ale cali dotarliśmy do Zakroczymia, by spotkać interesującego pana uważającego, że efekt cieplarniany to jedno wielkie kłamstwo.

sobota, 25 lipca 2009

Dzień 14 Warszawa - Gołymin

Dzisiejszy dzień był dniem tak zwanego świętego lenia. Po pierwsze dlatego, że pociągiem udaliśmy się do Ciechanowa. Pociąg słoneczny dostarczył nam sporo atrakcji. Dziękowaliśmy jednak Bogu, że jesteśmy w kraju, w którym do pociągu można wepchnąć co się chce i gdzie się chce, czyli na przykład rowery w przejściu dla pasażerów. 3 godziny jazdy minęły nam na siedzeniu na podłodze i robieniu kanapek w spartańskich warunkach. Aż w końcu słonecznie uśmiechnął się do nas Ciechanów. Tutaj już czekali na nas dwaj aniołowie pod postacią Pawła rodziców, którzy zabrali nasze bagaże i Verę, a całej czwórce pozostało jeszcze tylko pokonanie 20 kilku kilometrów i dostanie się do Ciechanowa na dwóch kółkach. Tutaj miał też miejsce mały nieszczęśliwy wypadek, gdy to Marta przeskoczyła przez rower i przejechała się po chodniku. Trysnęła krew, ale więcej było strat moralnych niż fizycznych. Szybciej czy później dojechaliśmy do Gołymina, rodzinnej miejscowości Pawła by zostać ugoszczonymi w iście polski sposób- z ogromną ilością jedzenia i napitku. Jednym słowem luz blus w doborowym towarzystwie.

piątek, 24 lipca 2009

Dzień 13 Akcja w Warszawie

A skoro świt ujrzeliśmy krzaki. Zielone i fajne jeśli chcesz się schować w cieniu, ale niekoniecznie najlepsze jeśli pragniesz rozmawiać z przechodniami. Zwłaszcza, że jak powiedzieli nam Warszawiacy spotkać można tam tylko zabłąkane dusze. Szczerze, to nawet tych zabłąkanych nie było za wiele. No ale cóż nad miejscem wybranym przez naszych "partnerów" można było tylko gorzko zapłakać. W krzakach niewielu znalazło się przechodniów. Przyszły tylko zaproszone dzieci ze świetlicy środowiskowej, które najbardziej zainteresowane były wkładaniem przedmiotów w dziury w Baobabie. Ale przynajmniej na chwilę sprawiły wrażenie niejakiego zainteresowania naszą akcją. Po południu odbyły się zajęcia Tai chi na trawce przed krzakami i to było nawet ciekawe można się było trochę zrelaksować:) Najbardziej jednak interesującym momentem dnia było spotkanie z pewnym rowerowym , ngosowym aktywistą, który w grudniu planuje pojechać z Warszawy do Kopenhagi na rowerze i właśnie kompletuje ekipę na pewno będziemy w kontakcie:)

czwartek, 23 lipca 2009

Dzień 12 Otwock - Warszawa

A mówią, że w Polsce nie ma ścieżek rowerowych. Odczuliśmy coś wręcz przeciwnego, kiedy jechaliśmy z Otwocka do stolicy. Dla Albana i Very było to pierwszy raz, pierwszy romans z Warszawą. Nastraszeni przed przyjazdem tym, jak to jest brzydko i nieznośnie, postanowili jednak sami ocenić i nie ulegać uprzedzeniom. Po przyjeździe zajęliśmy się głównie zwiedzaniem, a to Łazienki, a to Starówka, a to Muzeum Powstania Warszawskiego jednym słowem pełna turystyka. Przez cały dzień szukaliśmy także owego portu Czerniakowskiego, w któym miała odbyć się nasza jutrzejsza akcja. Ale mimo, że mieszkaliśmy na czerniakowie nikt o nim nie słyszał. To zasiało w nas pewną nutkę niepokoju. A że nie było on nieuzasadniony miało się jeszcze okazać skoro świt...

środa, 22 lipca 2009

Dzień 11 Góra Kalwaria - Otwock

To był chyba najkrótszy dzień w historii naszej całej podróży. Nie wysililiśmy się za bardzo jadąc jakieś 20 kilka kilometrów. Ale za to znów zostaliśmy ugoszczeni iście po królewsku. Nie ma jak zakon jednym słowem. A siostry bernardynki to przeszły już same siebie dając nam obiad, kolację i śniadanie i karząc zjeść wszystko do końca! Istny raj na ziemi.

wtorek, 21 lipca 2009

Dzień 10 Kozienice - Góra Kalwaria

Udało nam się jeszcze zwiedzić piękny i mało znany zamek w Czersku, w którym są bilety ulgowe dla rowerzystów! ho ho ho:) Się w Polsce zmienia:)

poniedziałek, 20 lipca 2009

Dzień 9 Kazimierz - Kozienice

Jak na złość kiedy wyjeżdżaliśmy z Kazimierza to świeciło słońce! Jak pech to pech ale nic to! Pojechaliśmy do Kozienic aby pocieszyć nasze skołatane serca. Ugościły nas siostry franciszkanki od cierpiących wspaniałą kolacją i nie tylko. Oczywiście jak to w zakonie zaczęły się rozmowy kto do jakiego by się nadawał:) Potem poszliśmy na spacer przekonać się, że to, co powiedziała siostra, że tu nie ma nic do zwiedzania poza supermarketem było prawdą:) No może był jeszcze jeden ładny pałac:)

niedziela, 19 lipca 2009

Dzień 8: Kazimierz Dolny

Padało, z każdą minutą coraz bardziej. No może o 7 rano nie, ale potem już nie chciało przestać. Mieliśmy postawić nasz Baobab o 9. Ale, choć to drzewo to nie lubi deszczu... Czekaliśmy trochę przybici aż przestanie padać, albo kiedy będzie choć trochę mżyć. Bezskutecznie. Cały dzień, jak na złość upłynął w kroplach deszczu. A tak perfekcyjnie zaplanowaliśmy każdy szczegół naszej akcji. A tu nie dość, że mokro to jeszcze bez Baobabu i ludzi na ulicach... Prawie wszystkie przygotowane programy nie mogły zostać zrealizowane... Zbieramy siły na Warszawę i wzmacniamy kampanię rowerową na trasie. Zrobiliśmy nową flagę:) W ramach zadośćuczynienia, że Baobab Kazimierza nie mógł zobaczyć. Z nową energią czekamy na jutro. Jedynym punktem programu na którym nie padało był film puszczany na łódce "Dziunia" w porcie. Był to "Age of Stupid"- polecamy- bo warto!

sobota, 18 lipca 2009

Dzień 7: Kraśnik - Kazimerz Dolny

Oj piękna to była droga. Opuściliśmy gościnne progi, w których dane nam było zjeść śniadanie przy ogromnym stole jak z filmów o szlachcie:) Nareszcie po płaskim miła odmiana bo wczorajszych górkach. Udaliśmy się przez Urząd w kierunku Opola Lubebelskiego żeby delektować się długą i widoczną aż po horyzont drogą. Kilometry mijały jak z bicza strzelił, a Kazimierz przywitał nas piękną słoneczną pogodą i tłumem ludzi, co bardzo dobrze wróży naszej jutrzejszej akcji. Wieczorem spotkaliśmy się na polu namiotowym z Polską Zieloną Siecią i ich tratwą, żeby ustalić plan działania akcji i w dobrych humorach położyliśmy się spać. Nikt z nas nie przewidział, co miało się wydarzyć następnego dnia....

piątek, 17 lipca 2009

Dzień 6: Sandomierz - Kraśnik

Jeśli wczoraj było gorąco, to dziś przerosło nasze wszelkie oczekiwania. Żar dosłownie lał się z nieba, kiedy opuszczaliśmy piękny Sandomierz. Zdążyliśmy jeszcze podjechać na rynek, aby zobaczyć sławnego księdza detektywa w akcji, zrobić ostatnie zdjęcie - i ruszyliśmy w dalszą drogę. Vera, jak zresztą każdego dnia, mogła zostać dłużej i pozwiedzać miasto, aby później łapiąc stopa jakoś dostać się do Kraśnika. Po drodze największym zaskoczeniem był dla nas pewien sklepik na polskiej prowincji. Otóż w tym niepozornym miejscu jedna gałka lodów kosztowała 80 groszy! Przypomniały się stare dobre czasy, kiedy takie ceny były na porządku dziennym. Ale jak widać i teraz można się jeszcze pozytywnie zaskoczyć:) Zlani potem dopedałowaliśmy do kraśnika fabrycznego w poszukiwaniu naszego lokum. Znaleźliśmy go w miłej osiedlowej parafii. Mieliśmy także dużo szczęścia, bo tuż obok znajdował się sklep i serwis rowerowy, a rumak Alban'a bardzo potrzebował reanimacji:)