piątek, 17 lipca 2009
Dzień 6: Sandomierz - Kraśnik
Jeśli wczoraj było gorąco, to dziś przerosło nasze wszelkie oczekiwania. Żar dosłownie lał się z nieba, kiedy opuszczaliśmy piękny Sandomierz. Zdążyliśmy jeszcze podjechać na rynek, aby zobaczyć sławnego księdza detektywa w akcji, zrobić ostatnie zdjęcie - i ruszyliśmy w dalszą drogę. Vera, jak zresztą każdego dnia, mogła zostać dłużej i pozwiedzać miasto, aby później łapiąc stopa jakoś dostać się do Kraśnika. Po drodze największym zaskoczeniem był dla nas pewien sklepik na polskiej prowincji. Otóż w tym niepozornym miejscu jedna gałka lodów kosztowała 80 groszy! Przypomniały się stare dobre czasy, kiedy takie ceny były na porządku dziennym. Ale jak widać i teraz można się jeszcze pozytywnie zaskoczyć:) Zlani potem dopedałowaliśmy do kraśnika fabrycznego w poszukiwaniu naszego lokum. Znaleźliśmy go w miłej osiedlowej parafii. Mieliśmy także dużo szczęścia, bo tuż obok znajdował się sklep i serwis rowerowy, a rumak Alban'a bardzo potrzebował reanimacji:)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz