czwartek, 16 lipca 2009

dzień 5: Opatów - Sandomierz

Nie mozna powiedzieć ze dzisiaj wznieślismy się na wyzyny. No moze i dosłownie to trochę tak było - bo górek w tej części Polski co niemiara, ale zawrotnego tempa to na pewno nie osiągnęliśmy. Pewnie był to efekt wczorajszego męczącego dnia. Zregenerowaliśmy jednak trochę siły w kolegiacie św. Marcina w Opatowie, gdzie ugościł nas sympatyczny pan Czesio i udaliśmy się na szybkie zwiedzanie podziemnych magazynów kupieckich. Było zimno, ale ciekawie. Nie jest tajemnicą dla każdego rowerzysty, że podróżowanie głównymi drogami i wdychanie oparów najbardziej nawet kolorowych tirów, nie należy do przyjemności. Dlatego więc postanowiliśmy unikać głównej drogi, zwłaszcza, że na mapie w Pttk w Opatowie zauważyliśmy, że miasto to obfituje w sporą liczbę szlaków rowerowych. Jak się okazało oznaczone są one tylko w teorii. Co zaowocowało dość długą jazdą na tzw: "czuja", a następnie rozmowami z prawie każdym napotkanym człowiekiem. Z tym, że pytania z naszej strony były dość monotonne: którędy do Sandomierza. Często jedynymi naszymi respondentami były dzieci, gdyż rodzice pracowali gdzieć w polu. Z większym i mniejszym szczęściem pokonaliśmy w końcu bezdroża polskiej wsi i wśród sadów morelowych i czereśniowych dotarliśmy do głównej drogi i do samego Sandomierza. Tutaj zostaliśmy iście po polsku ugoszczeni przez mamę koleżanki polską wersją sławnego węgierskiego leczo. Veronika węgierka fanką tego dania na swej ziemi nie jest, ale w Polsce zjadła ze smakiem. Co więcej mówi, że dla niej wycieczka po Polsce to podróż iście kulinarna, bo wiedzą wtajemniczeni, że na Węgrzech warzywa są na talerzu dość rzadkim gościem:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz