sobota, 18 lipca 2009

Dzień 7: Kraśnik - Kazimerz Dolny

Oj piękna to była droga. Opuściliśmy gościnne progi, w których dane nam było zjeść śniadanie przy ogromnym stole jak z filmów o szlachcie:) Nareszcie po płaskim miła odmiana bo wczorajszych górkach. Udaliśmy się przez Urząd w kierunku Opola Lubebelskiego żeby delektować się długą i widoczną aż po horyzont drogą. Kilometry mijały jak z bicza strzelił, a Kazimierz przywitał nas piękną słoneczną pogodą i tłumem ludzi, co bardzo dobrze wróży naszej jutrzejszej akcji. Wieczorem spotkaliśmy się na polu namiotowym z Polską Zieloną Siecią i ich tratwą, żeby ustalić plan działania akcji i w dobrych humorach położyliśmy się spać. Nikt z nas nie przewidział, co miało się wydarzyć następnego dnia....

piątek, 17 lipca 2009

Dzień 6: Sandomierz - Kraśnik

Jeśli wczoraj było gorąco, to dziś przerosło nasze wszelkie oczekiwania. Żar dosłownie lał się z nieba, kiedy opuszczaliśmy piękny Sandomierz. Zdążyliśmy jeszcze podjechać na rynek, aby zobaczyć sławnego księdza detektywa w akcji, zrobić ostatnie zdjęcie - i ruszyliśmy w dalszą drogę. Vera, jak zresztą każdego dnia, mogła zostać dłużej i pozwiedzać miasto, aby później łapiąc stopa jakoś dostać się do Kraśnika. Po drodze największym zaskoczeniem był dla nas pewien sklepik na polskiej prowincji. Otóż w tym niepozornym miejscu jedna gałka lodów kosztowała 80 groszy! Przypomniały się stare dobre czasy, kiedy takie ceny były na porządku dziennym. Ale jak widać i teraz można się jeszcze pozytywnie zaskoczyć:) Zlani potem dopedałowaliśmy do kraśnika fabrycznego w poszukiwaniu naszego lokum. Znaleźliśmy go w miłej osiedlowej parafii. Mieliśmy także dużo szczęścia, bo tuż obok znajdował się sklep i serwis rowerowy, a rumak Alban'a bardzo potrzebował reanimacji:)

czwartek, 16 lipca 2009

dzień 5: Opatów - Sandomierz

Nie mozna powiedzieć ze dzisiaj wznieślismy się na wyzyny. No moze i dosłownie to trochę tak było - bo górek w tej części Polski co niemiara, ale zawrotnego tempa to na pewno nie osiągnęliśmy. Pewnie był to efekt wczorajszego męczącego dnia. Zregenerowaliśmy jednak trochę siły w kolegiacie św. Marcina w Opatowie, gdzie ugościł nas sympatyczny pan Czesio i udaliśmy się na szybkie zwiedzanie podziemnych magazynów kupieckich. Było zimno, ale ciekawie. Nie jest tajemnicą dla każdego rowerzysty, że podróżowanie głównymi drogami i wdychanie oparów najbardziej nawet kolorowych tirów, nie należy do przyjemności. Dlatego więc postanowiliśmy unikać głównej drogi, zwłaszcza, że na mapie w Pttk w Opatowie zauważyliśmy, że miasto to obfituje w sporą liczbę szlaków rowerowych. Jak się okazało oznaczone są one tylko w teorii. Co zaowocowało dość długą jazdą na tzw: "czuja", a następnie rozmowami z prawie każdym napotkanym człowiekiem. Z tym, że pytania z naszej strony były dość monotonne: którędy do Sandomierza. Często jedynymi naszymi respondentami były dzieci, gdyż rodzice pracowali gdzieć w polu. Z większym i mniejszym szczęściem pokonaliśmy w końcu bezdroża polskiej wsi i wśród sadów morelowych i czereśniowych dotarliśmy do głównej drogi i do samego Sandomierza. Tutaj zostaliśmy iście po polsku ugoszczeni przez mamę koleżanki polską wersją sławnego węgierskiego leczo. Veronika węgierka fanką tego dania na swej ziemi nie jest, ale w Polsce zjadła ze smakiem. Co więcej mówi, że dla niej wycieczka po Polsce to podróż iście kulinarna, bo wiedzą wtajemniczeni, że na Węgrzech warzywa są na talerzu dość rzadkim gościem:)

środa, 15 lipca 2009

dzień 4: Busko Zdrój - Opatów

Był to długi dzień. Bardzo długi. Według wersji oficjalnej pokonaliśmy ponad 70 kilometrów (nieoficjalnie niektórzy pokonali więcej) a dodając do tego średnią temperaturę powietrza powyżej 35 stopni i bezchmurne niebo, trzeba by pewnie to pomnożyć przez 2. Lało się z nas - przyznajmy to szczerze. Jak tak dalej pójdzie to będziemy wyglądać jak bez mała mieszkańcy czarnego lądu - i to bez żadnego udziału solarium! Dzisiejszy dzień upłynął nam także pod hasłem "faktura". Otóż, do tej pory nie zdawaliśmy sobie sprawy jak przerażające może być to słowo i jaki blady strach może rozbudzić na twarzach ekspedientek i ekspedientów. Na dźwięk tego słowa milkną wszelkie rozmowy. A po co komu faktura? Faktury się zachciało? To za tydzień można wystawić, albo za miesiąć? Jak to na dziś? Jak to przejazdem jesteście? Przecież to co najmniej jeden dzień się pisze! A co to za zagraniczny adres?! Nie ma mowy! Często takich właśnie odpowiedzi musieliśmy słuchać:) No coż co kraj to obyczaj, ale przypomnijmy tylko jeden szczegół, że fakturę na Węgrzech może wydrukować nawet kierowca autobusu, u którego kupujemy bilet. I to bez mrugnięcia okiem:) No cóż, z tego wszystkiego jesteśmy już mądrzejsi o jedno rozwiązanie. W sieci sklepów z popularnym czerwonym insektem:wystarczy w węgierskim nipie opuścić jedną cyfrę a następnie dopisać ją długopisem - i szafa gra:) W taki to fakturowym szale dojechaliśmy do Opatowa. Po drodze odwiedziliśmy zamek Krzyżtopór w Ujeździe - istny raj dla chłopców lubiących chodzić po podmokłych piwnicach. A i wśród nas dwóch takich się znalazło:)
A prawie o zmroku dotarliśmy do pięknego opatowa, gdzie ugościł nas Pan Czesio, na polecenie księdza z Kolegiaty, a Vera ugotowała dla nas pyszną orientalną kolację:)

wtorek, 14 lipca 2009

Dzień 3: Kazimierza Wielka - Busko Zdrój

Po uroczym noclegu w piwnicy kościoła, który z zewnątrz bardziej przypominał willę udaliśmy się w dalszą drogę. Kierunek Busko Zdrój - uzdrowisko. Było bardzo gorąco. Główne wspomnienie Very: długie czekanie na resztę ekipy. Główe wspomnienie Albana: maślanka, której niektórzy posmakowali po raz pierwszy w życiu:) Droga głównie wiodła pod górę więc mogliśmy poćwiczyć mięśnie:) W Busku Zdroju ugościł nas ksiądz z parafii Brata Alberta, który nawet zaprosił nas w odwiedziny następnym razem i dziwił się, dlaczego zostajemy tak krótko:) Skorzystamy, skorzystamy:) Dzięki Pani Mirce, która pozwoliła nam wejść do swojego królestwa, czyli kuchni mogliśmy zjeść pyszny obiad ugotowany wspólnymi siłami.

poniedziałek, 13 lipca 2009

Dzień 2: Niepołomice - Kazimierza Wielka

Z wielkim żalem opuszczaliśmy niesamowicie gościnną parafie w Niepołomicach i jej niezwykle sympatycznego księdza. Udaliśmy się jeszcze na zamek, żeby Veronika i jej kolega marcin, którzy nie mogli obejrzeć go w nocy przyjrzeli się włóściom królowej Bony (która sprowadziła do Polski warzywa). A potem już tylko pedałowanie i pedałowanie aż do Kazi

niedziela, 12 lipca 2009

Dzień 1: Kraków - Niepołomice

Dziś 350.org podbijał Wieliczkę:) Nasza rowerowa trójka (Alban, Paweł, Marta) udała się tam na swoich dwóch kółkach, a Vera wraz z Csabą samochodem.Veronika natomiast udała się na podbój Tyńca. Zwiedzającż kopalnię ćwiczyliśmy się w sztuce uniku szukając najlepszego naszym zwiedzaniem przewodnika. Po długim zwiedzaniu, na które przewidujący chłopcy przygotowali sobie nawet kanapki, i robieniu podziemnych zdjęć z 350, udaliśmy się w drogę do Niepołomic. o jakże piękne jest to miasteczko! Zostaliśmy ugoszczeniu iście po królewsku przez proboszcza parafii przy rynku. Dostąpiliśmy nawet zaszczytu bycia przez niego oprowadzonym po mieście, po zamku (po godzinach zamknięcia) oraz posmakowania lokalnych lodów (też po zamknięciu i na zaproszenie ksiedza!). Było wspaniale:) Jeśli tylko macie chwilę czasu koniecznie odwiedźcie ten piękny kawałek Polski!

Zaczęło się!

Zaczęliśmy polską część kampanii.

Przedwczoraj w Krakowie pierwszy raz postawiliśmy Baobab. 12 godzin na nadwiślańskim bulwarze było męczące, ale w końcu pierwszy raz go pokazaliśmy. Gdyby nie brzydka pogoda, wczoraj postawilibyśmy go jeszcze raz - znaleźliśmy sobie miejsce i wszystko było gotowe, ale chmury nas odstraszyły. Zwiedziliśmy miasto, nocowaliśmy u jezuitów, pora ruszać w dalszą drogę.
Dziś start wyprawy rowerowej. Wieliczka - zwiedzanie kopalni soli - i Niepołomice. Cała ekipa miała jechać na rowerach, ale okazało się że Vera ma problemy z kolanem. Nie może jechać ze wszystkimi, ale i nie wraca do domu - będzie pokonywać trasę tak, jak da radę: idąc i stopem. Pierwszy dzień wyprawy przed nami!