sobota, 25 lipca 2009
Dzień 14 Warszawa - Gołymin
Dzisiejszy dzień był dniem tak zwanego świętego lenia. Po pierwsze dlatego, że pociągiem udaliśmy się do Ciechanowa. Pociąg słoneczny dostarczył nam sporo atrakcji. Dziękowaliśmy jednak Bogu, że jesteśmy w kraju, w którym do pociągu można wepchnąć co się chce i gdzie się chce, czyli na przykład rowery w przejściu dla pasażerów. 3 godziny jazdy minęły nam na siedzeniu na podłodze i robieniu kanapek w spartańskich warunkach. Aż w końcu słonecznie uśmiechnął się do nas Ciechanów. Tutaj już czekali na nas dwaj aniołowie pod postacią Pawła rodziców, którzy zabrali nasze bagaże i Verę, a całej czwórce pozostało jeszcze tylko pokonanie 20 kilku kilometrów i dostanie się do Ciechanowa na dwóch kółkach. Tutaj miał też miejsce mały nieszczęśliwy wypadek, gdy to Marta przeskoczyła przez rower i przejechała się po chodniku. Trysnęła krew, ale więcej było strat moralnych niż fizycznych. Szybciej czy później dojechaliśmy do Gołymina, rodzinnej miejscowości Pawła by zostać ugoszczonymi w iście polski sposób- z ogromną ilością jedzenia i napitku. Jednym słowem luz blus w doborowym towarzystwie.
piątek, 24 lipca 2009
Dzień 13 Akcja w Warszawie
A skoro świt ujrzeliśmy krzaki. Zielone i fajne jeśli chcesz się schować w cieniu, ale niekoniecznie najlepsze jeśli pragniesz rozmawiać z przechodniami. Zwłaszcza, że jak powiedzieli nam Warszawiacy spotkać można tam tylko zabłąkane dusze. Szczerze, to nawet tych zabłąkanych nie było za wiele. No ale cóż nad miejscem wybranym przez naszych "partnerów" można było tylko gorzko zapłakać. W krzakach niewielu znalazło się przechodniów. Przyszły tylko zaproszone dzieci ze świetlicy środowiskowej, które najbardziej zainteresowane były wkładaniem przedmiotów w dziury w Baobabie. Ale przynajmniej na chwilę sprawiły wrażenie niejakiego zainteresowania naszą akcją. Po południu odbyły się zajęcia Tai chi na trawce przed krzakami i to było nawet ciekawe można się było trochę zrelaksować:) Najbardziej jednak interesującym momentem dnia było spotkanie z pewnym rowerowym , ngosowym aktywistą, który w grudniu planuje pojechać z Warszawy do Kopenhagi na rowerze i właśnie kompletuje ekipę na pewno będziemy w kontakcie:)
czwartek, 23 lipca 2009
Dzień 12 Otwock - Warszawa
A mówią, że w Polsce nie ma ścieżek rowerowych. Odczuliśmy coś wręcz przeciwnego, kiedy jechaliśmy z Otwocka do stolicy. Dla Albana i Very było to pierwszy raz, pierwszy romans z Warszawą. Nastraszeni przed przyjazdem tym, jak to jest brzydko i nieznośnie, postanowili jednak sami ocenić i nie ulegać uprzedzeniom. Po przyjeździe zajęliśmy się głównie zwiedzaniem, a to Łazienki, a to Starówka, a to Muzeum Powstania Warszawskiego jednym słowem pełna turystyka. Przez cały dzień szukaliśmy także owego portu Czerniakowskiego, w któym miała odbyć się nasza jutrzejsza akcja. Ale mimo, że mieszkaliśmy na czerniakowie nikt o nim nie słyszał. To zasiało w nas pewną nutkę niepokoju. A że nie było on nieuzasadniony miało się jeszcze okazać skoro świt...
środa, 22 lipca 2009
Dzień 11 Góra Kalwaria - Otwock
To był chyba najkrótszy dzień w historii naszej całej podróży. Nie wysililiśmy się za bardzo jadąc jakieś 20 kilka kilometrów. Ale za to znów zostaliśmy ugoszczeni iście po królewsku. Nie ma jak zakon jednym słowem. A siostry bernardynki to przeszły już same siebie dając nam obiad, kolację i śniadanie i karząc zjeść wszystko do końca! Istny raj na ziemi.
wtorek, 21 lipca 2009
Dzień 10 Kozienice - Góra Kalwaria
Udało nam się jeszcze zwiedzić piękny i mało znany zamek w Czersku, w którym są bilety ulgowe dla rowerzystów! ho ho ho:) Się w Polsce zmienia:)
poniedziałek, 20 lipca 2009
Dzień 9 Kazimierz - Kozienice
Jak na złość kiedy wyjeżdżaliśmy z Kazimierza to świeciło słońce! Jak pech to pech ale nic to! Pojechaliśmy do Kozienic aby pocieszyć nasze skołatane serca. Ugościły nas siostry franciszkanki od cierpiących wspaniałą kolacją i nie tylko. Oczywiście jak to w zakonie zaczęły się rozmowy kto do jakiego by się nadawał:) Potem poszliśmy na spacer przekonać się, że to, co powiedziała siostra, że tu nie ma nic do zwiedzania poza supermarketem było prawdą:) No może był jeszcze jeden ładny pałac:)
niedziela, 19 lipca 2009
Dzień 8: Kazimierz Dolny
Padało, z każdą minutą coraz bardziej. No może o 7 rano nie, ale potem już nie chciało przestać. Mieliśmy postawić nasz Baobab o 9. Ale, choć to drzewo to nie lubi deszczu... Czekaliśmy trochę przybici aż przestanie padać, albo kiedy będzie choć trochę mżyć. Bezskutecznie. Cały dzień, jak na złość upłynął w kroplach deszczu. A tak perfekcyjnie zaplanowaliśmy każdy szczegół naszej akcji. A tu nie dość, że mokro to jeszcze bez Baobabu i ludzi na ulicach... Prawie wszystkie przygotowane programy nie mogły zostać zrealizowane... Zbieramy siły na Warszawę i wzmacniamy kampanię rowerową na trasie. Zrobiliśmy nową flagę:) W ramach zadośćuczynienia, że Baobab Kazimierza nie mógł zobaczyć. Z nową energią czekamy na jutro. Jedynym punktem programu na którym nie padało był film puszczany na łódce "Dziunia" w porcie. Był to "Age of Stupid"- polecamy- bo warto!
sobota, 18 lipca 2009
Dzień 7: Kraśnik - Kazimerz Dolny
Oj piękna to była droga. Opuściliśmy gościnne progi, w których dane nam było zjeść śniadanie przy ogromnym stole jak z filmów o szlachcie:) Nareszcie po płaskim miła odmiana bo wczorajszych górkach. Udaliśmy się przez Urząd w kierunku Opola Lubebelskiego żeby delektować się długą i widoczną aż po horyzont drogą. Kilometry mijały jak z bicza strzelił, a Kazimierz przywitał nas piękną słoneczną pogodą i tłumem ludzi, co bardzo dobrze wróży naszej jutrzejszej akcji. Wieczorem spotkaliśmy się na polu namiotowym z Polską Zieloną Siecią i ich tratwą, żeby ustalić plan działania akcji i w dobrych humorach położyliśmy się spać. Nikt z nas nie przewidział, co miało się wydarzyć następnego dnia....
piątek, 17 lipca 2009
Dzień 6: Sandomierz - Kraśnik
Jeśli wczoraj było gorąco, to dziś przerosło nasze wszelkie oczekiwania. Żar dosłownie lał się z nieba, kiedy opuszczaliśmy piękny Sandomierz. Zdążyliśmy jeszcze podjechać na rynek, aby zobaczyć sławnego księdza detektywa w akcji, zrobić ostatnie zdjęcie - i ruszyliśmy w dalszą drogę. Vera, jak zresztą każdego dnia, mogła zostać dłużej i pozwiedzać miasto, aby później łapiąc stopa jakoś dostać się do Kraśnika. Po drodze największym zaskoczeniem był dla nas pewien sklepik na polskiej prowincji. Otóż w tym niepozornym miejscu jedna gałka lodów kosztowała 80 groszy! Przypomniały się stare dobre czasy, kiedy takie ceny były na porządku dziennym. Ale jak widać i teraz można się jeszcze pozytywnie zaskoczyć:) Zlani potem dopedałowaliśmy do kraśnika fabrycznego w poszukiwaniu naszego lokum. Znaleźliśmy go w miłej osiedlowej parafii. Mieliśmy także dużo szczęścia, bo tuż obok znajdował się sklep i serwis rowerowy, a rumak Alban'a bardzo potrzebował reanimacji:)
czwartek, 16 lipca 2009
dzień 5: Opatów - Sandomierz
Nie mozna powiedzieć ze dzisiaj wznieślismy się na wyzyny. No moze i dosłownie to trochę tak było - bo górek w tej części Polski co niemiara, ale zawrotnego tempa to na pewno nie osiągnęliśmy. Pewnie był to efekt wczorajszego męczącego dnia. Zregenerowaliśmy jednak trochę siły w kolegiacie św. Marcina w Opatowie, gdzie ugościł nas sympatyczny pan Czesio i udaliśmy się na szybkie zwiedzanie podziemnych magazynów kupieckich. Było zimno, ale ciekawie. Nie jest tajemnicą dla każdego rowerzysty, że podróżowanie głównymi drogami i wdychanie oparów najbardziej nawet kolorowych tirów, nie należy do przyjemności. Dlatego więc postanowiliśmy unikać głównej drogi, zwłaszcza, że na mapie w Pttk w Opatowie zauważyliśmy, że miasto to obfituje w sporą liczbę szlaków rowerowych. Jak się okazało oznaczone są one tylko w teorii. Co zaowocowało dość długą jazdą na tzw: "czuja", a następnie rozmowami z prawie każdym napotkanym człowiekiem. Z tym, że pytania z naszej strony były dość monotonne: którędy do Sandomierza. Często jedynymi naszymi respondentami były dzieci, gdyż rodzice pracowali gdzieć w polu. Z większym i mniejszym szczęściem pokonaliśmy w końcu bezdroża polskiej wsi i wśród sadów morelowych i czereśniowych dotarliśmy do głównej drogi i do samego Sandomierza. Tutaj zostaliśmy iście po polsku ugoszczeni przez mamę koleżanki polską wersją sławnego węgierskiego leczo. Veronika węgierka fanką tego dania na swej ziemi nie jest, ale w Polsce zjadła ze smakiem. Co więcej mówi, że dla niej wycieczka po Polsce to podróż iście kulinarna, bo wiedzą wtajemniczeni, że na Węgrzech warzywa są na talerzu dość rzadkim gościem:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
