czwartek, 30 lipca 2009

Dzień 19 Włocławek - Toruń

Jednak wczorajszy autostop z rowerem nie był końcem problemów. Trzeba było jeszcze naprawić rower Albana, żeby ten mógł pojechać dalej. Niewiasty zostały więc pilnować "gospodarstwa"a chłopcy pojechali na polowanie - czyli poszukiwanie sklepu rowerowego. I tu zdarzył się mały cud. # rowery zostały naprawione absolutnie za darmo. Alban dostał nową oponę szprychy, Vera hamulec, Paweł klucz do szprych i to wszystko całkowicie za nic! Niesamowite nie ma co! Przez to całe zamieszanie wyjechaliśmy z Włocławka około 13, a cały długi dzień upłynął pod hasłem poszukiwania drogi (tak tak w niektóych wioskach w Polsce tabliczki z nazwami miejscowości to rzadkość). Ale w końcu już o zmroku dojechaliśmy do Torunia, gdzie czekała już na nas Judit

środa, 29 lipca 2009

Dzień 18 Płock - Włocławek

Dzień ten rozpoczął się desperackim poszukiwaniem kawiarenki internetowej. Okazuje się jednak, że zadnie to w 21 wieku wcale nie jest łatwe! W jedynej kawiarence w mieście nie można było skorzystać ze Skype. W tym samym czasie Veronika i Alban zwiedzali miasto i udali się na sławną płocką plażę. Potem jeszcze tylko partyzanckie śniadanie na rynku i w drogę. Był to dzień obfitujący w atrakcje. Najpiękniejsza droga naszego rajdu wiodła właśnie przez rozlewiska Wisły. Malownicze jachty na Wiśle - to trzeba zobaczyć! Taka to pięka droga zawiodła nas do Dobrzynia nad Wisłą, w którym to zadzwonił telefon a w nim Alban mówi, że pękły mu dwie szprychy w rowerze. No to kaplica a po drodze żadego sklepu rowerowego. Alban i Veronika spotkali na drodze 2 profesjonalnych rowerzystów, którzy drogę z Krakowa do Gdańska pokonać mieli w 8 dni. Żeby więc z nimi porozmawiać trzeba było jechać bardzo szybko. I rower Albana nie wytrzymał tego tempa. Zatrzymał się i zobaczył 2 pęknięte szprychy. Jedynym wyjściem był autostop. Wtem nadjechał traktor i zabrał Veronikę i Albana i ich 2 rowery na przyczepę. Młody kierowca traktora zabrał ich prosto do Dobrzynia. W dobrzyniu jednak okazało się, że to nie koniec problemów, bo sklepu rowerowego ni widu ni słychu. Trzeba było więc podjąć jeszcze większe wyzwanie i łapać stopa z rowerem do Włocławka - co jak się okazało nie jest niemożliwe. w Dobrzyniu spotkaliśmy też Verę, która przjyjechała stopem. A reszta naszej ekipy już na rowerach ruszyła do Włocławka. Była to długa podróż i wszyscy razem spotkaliśmy się w miejscu noclegu około 22. Moc atrakcji!

wtorek, 28 lipca 2009

Dzień 17 Wilkowuje - Płock

Rankiem do iście "polskim" śniadaniu wyruszyliśmy do Czerwińska, który nasz gospodarz Darek chciał nam koniecznie pokazać. A potem już do Płocka, Veronika i Alban byli zszokowani, że to takie piękne miasto. Jak tylko przejeżdżaliśmy przez most to akurat był zachód słońca na tle którego katedra prezentowała się wprost wspaniale. Nocowaliśmy w najlepszym chyba punkcie miasta bo u sióstr miłosierdziana starym rynku. Lepiej już chyba nie można było sobie wymarzyć. Pięknie było!

poniedziałek, 27 lipca 2009

Dzień 16 Zakroczym - Wilkowuje

Jeszcze nie zdążyliśmy odpocząć po ostatnim relaksie u Pawła w domu, a już czekała nas następna niespodzianka. Odwiedziliśmy znajomego Darka w Wilkowujach. To dopiero było nic nierobienie. Darek jak to prawdziwy Polak ze wsi już na samo śniadanie przygotował mięso w 4 postaciach. Nie ma to jak przygotować grilla o 11 rano! Niektórym dane było nawet popływać w pobliskiej sadzawce! A wieczorem była mała impreza urodzinowa dla Pawła, któremu stuknęło ćwierćwiecze!

niedziela, 26 lipca 2009

Dzień 15 Gołymin - Zakroczym

Bo błogim lenistwie ostatniego dnia "udało" nam się w końcu opuścić gościnne progi Gołymina i skrótami znanymi tylko "lokalsom" uderzyć na Zakroczym. Po drodze solidnie zmokliśmy. Ale cali dotarliśmy do Zakroczymia, by spotkać interesującego pana uważającego, że efekt cieplarniany to jedno wielkie kłamstwo.

sobota, 25 lipca 2009

Dzień 14 Warszawa - Gołymin

Dzisiejszy dzień był dniem tak zwanego świętego lenia. Po pierwsze dlatego, że pociągiem udaliśmy się do Ciechanowa. Pociąg słoneczny dostarczył nam sporo atrakcji. Dziękowaliśmy jednak Bogu, że jesteśmy w kraju, w którym do pociągu można wepchnąć co się chce i gdzie się chce, czyli na przykład rowery w przejściu dla pasażerów. 3 godziny jazdy minęły nam na siedzeniu na podłodze i robieniu kanapek w spartańskich warunkach. Aż w końcu słonecznie uśmiechnął się do nas Ciechanów. Tutaj już czekali na nas dwaj aniołowie pod postacią Pawła rodziców, którzy zabrali nasze bagaże i Verę, a całej czwórce pozostało jeszcze tylko pokonanie 20 kilku kilometrów i dostanie się do Ciechanowa na dwóch kółkach. Tutaj miał też miejsce mały nieszczęśliwy wypadek, gdy to Marta przeskoczyła przez rower i przejechała się po chodniku. Trysnęła krew, ale więcej było strat moralnych niż fizycznych. Szybciej czy później dojechaliśmy do Gołymina, rodzinnej miejscowości Pawła by zostać ugoszczonymi w iście polski sposób- z ogromną ilością jedzenia i napitku. Jednym słowem luz blus w doborowym towarzystwie.

piątek, 24 lipca 2009

Dzień 13 Akcja w Warszawie

A skoro świt ujrzeliśmy krzaki. Zielone i fajne jeśli chcesz się schować w cieniu, ale niekoniecznie najlepsze jeśli pragniesz rozmawiać z przechodniami. Zwłaszcza, że jak powiedzieli nam Warszawiacy spotkać można tam tylko zabłąkane dusze. Szczerze, to nawet tych zabłąkanych nie było za wiele. No ale cóż nad miejscem wybranym przez naszych "partnerów" można było tylko gorzko zapłakać. W krzakach niewielu znalazło się przechodniów. Przyszły tylko zaproszone dzieci ze świetlicy środowiskowej, które najbardziej zainteresowane były wkładaniem przedmiotów w dziury w Baobabie. Ale przynajmniej na chwilę sprawiły wrażenie niejakiego zainteresowania naszą akcją. Po południu odbyły się zajęcia Tai chi na trawce przed krzakami i to było nawet ciekawe można się było trochę zrelaksować:) Najbardziej jednak interesującym momentem dnia było spotkanie z pewnym rowerowym , ngosowym aktywistą, który w grudniu planuje pojechać z Warszawy do Kopenhagi na rowerze i właśnie kompletuje ekipę na pewno będziemy w kontakcie:)

czwartek, 23 lipca 2009

Dzień 12 Otwock - Warszawa

A mówią, że w Polsce nie ma ścieżek rowerowych. Odczuliśmy coś wręcz przeciwnego, kiedy jechaliśmy z Otwocka do stolicy. Dla Albana i Very było to pierwszy raz, pierwszy romans z Warszawą. Nastraszeni przed przyjazdem tym, jak to jest brzydko i nieznośnie, postanowili jednak sami ocenić i nie ulegać uprzedzeniom. Po przyjeździe zajęliśmy się głównie zwiedzaniem, a to Łazienki, a to Starówka, a to Muzeum Powstania Warszawskiego jednym słowem pełna turystyka. Przez cały dzień szukaliśmy także owego portu Czerniakowskiego, w któym miała odbyć się nasza jutrzejsza akcja. Ale mimo, że mieszkaliśmy na czerniakowie nikt o nim nie słyszał. To zasiało w nas pewną nutkę niepokoju. A że nie było on nieuzasadniony miało się jeszcze okazać skoro świt...

środa, 22 lipca 2009

Dzień 11 Góra Kalwaria - Otwock

To był chyba najkrótszy dzień w historii naszej całej podróży. Nie wysililiśmy się za bardzo jadąc jakieś 20 kilka kilometrów. Ale za to znów zostaliśmy ugoszczeni iście po królewsku. Nie ma jak zakon jednym słowem. A siostry bernardynki to przeszły już same siebie dając nam obiad, kolację i śniadanie i karząc zjeść wszystko do końca! Istny raj na ziemi.

wtorek, 21 lipca 2009

Dzień 10 Kozienice - Góra Kalwaria

Udało nam się jeszcze zwiedzić piękny i mało znany zamek w Czersku, w którym są bilety ulgowe dla rowerzystów! ho ho ho:) Się w Polsce zmienia:)